Gra Cieni

O tym jak narracja staje się polem gry…

  • Narracja jako narzędzie wpływu

    Człowiek nie porusza się w świecie faktów, lecz w świecie znaczeń.
    Fakty są martwe, dopóki ktoś nie nada im sensu. Dopiero wtedy stają się zrozumiałe, porządkują rzeczywistość i pozwalają ludziom się w niej odnaleźć.

    Tym właśnie jest narracja. Mechanizmem, który ożywia fakty i układa je w spójną całość.

    W poprzednim eseju pisałem o tym, dlaczego kontrola nie jest równoznaczna z władzą. Kontrola opiera się na reakcji, napięciu i ciągłym nadzorze. Narracja działa inaczej. Nie zmusza. Ustawia ramę, w której określone decyzje zaczynają wydawać się naturalne, rozsądne albo wręcz nieuniknione.

    Wpływ nie polega na przekonywaniu ludzi do konkretnych działań. Polega na takim opowiedzeniu świata, by te działania mieściły się w opowieści, którą uznają za swoją.

    Czym naprawdę jest narracja

    Narracja nie jest hasłem, kampanią ani komunikatem dnia.
    Jest odpowiedzią na pytanie: o co w tej rzeczywistości właściwie chodzi?

    Ten, kto kontroluje narrację, nie musi wygrywać sporów. Wystarczy, że określi, w jakiej opowieści ten spór się toczy. Gdy rama zostanie ustawiona, odpowiedzi same zaczynają się w niej mieścić. Ludzie spierają się wewnątrz historii, nie zauważając, że ktoś inny napisał jej początek.

    Dlatego narracje działają głównie na poziomie emocji, tożsamości i sensu, a nie logiki. Racjonalne argumenty nabierają znaczenia dopiero wtedy, gdy pasują do opowieści, którą odbiorca jest gotów przyjąć.

    Narracje w instytucjach publicznych

    W instytucjach publicznych funkcjonuje zwykle kilka typów narracji, często równolegle, czasem w konflikcie.

    Pierwsza to narracja proceduralna.
    Mówi: takie są zasady, takie są przepisy, nie mamy wyboru. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie buduje sensu. Jest defensywna i krótkotrwała. Wymaga ciągłego uzasadniania i tłumaczenia się z decyzji.

    Druga to narracja kryzysowa.
    Opiera się na zagrożeniu, presji czasu i mobilizacji przeciw „czemuś”. Jest skuteczna krótkoterminowo, ale kosztowna. Wymaga stałego podsycania napięcia i szybko wypala zaufanie.

    Trzecia to narracja sensu i celu.
    Nie pyta wyłącznie co robimy, ale po co. Osadza decyzje w szerszym obrazie, pozwala ludziom zobaczyć swoje miejsce w całości i przetrwać momenty chaosu bez uciekania się do kontroli.

    To właśnie ta trzecia narracja daje długofalową stabilność — bo nie opiera się na strachu ani na przymusie, lecz na zrozumieniu.

    Jak się buduje narrację

    Instytucje często popełniają ten sam błąd: wierzą, że dobra komunikacja wystarczy. Tymczasem komunikacja bez narracji jest tylko transmisją informacji. Może być poprawna, ale pozostaje obojętna.

    Narracja powstaje wcześniej — w decyzjach o tym:

    • co uznajemy za problem, a co za tło,
    • co pokazujemy na pierwszym planie, a co zostawiamy w cieniu,
    • jakie wartości uznajemy za niepodważalne.

    Nie musi być kłamstwem. Najsilniejsze narracje są zwykle zakorzenione w prawdzie. W odpowiedniej prawdzie. Są wyborem perspektywy. Aktem odpowiedzialności za to, jakie znaczenia wzmacniamy.

    Najskuteczniejsza narracja jest niewidoczna.
    Działa wtedy, gdy ludzie mówią: „to przecież oczywiste”, „tak po prostu jest”, „nie ma alternatywy”. W tym momencie przestaje być postrzegana jako czyjaś interpretacja, a zaczyna funkcjonować jak obiektywna rzeczywistość.

    Narracja jako realna władza

    Nie każda narracja jest trwała. Te oparte na strachu wymagają ciągłego podtrzymywania.
    Te oparte na sensie potrafią przetrwać nawet kryzysy, bo dają ludziom coś więcej niż emocję chwili. Dają im miejsce w większej całości.

    Dlatego długofalowa władza rzadko opiera się na kontroli.
    Opiera się na zdolności opowiadania świata w sposób, który inni uznają za sensowny.

    Kto opowiada historię, ten kształtuje rzeczywistość.
    Kto rozumie narrację, ten rozumie władzę.
    A kto potrafi milczeć we właściwym momencie, pozwala narracji działać za siebie.

  • Czy kontrola to władza?

    O różnicy między lękiem a narracją

    Kontrola bywa mylona z władzą, ponieważ obie dają poczucie sprawczości. Ale to podobieństwo jest pozorne. Kontrola jest reakcją na lęk. Prawdziwa władza rodzi się z narracji.

    Kontrola daje złudzenie sprawczości i wpływu

    Narracja tworzy rzeczywistość, w której naturalnie ludzie chcą działać i być efektywni.

    Ten, kto kontroluje, próbuje zatrzymać świat w ruchu. Chce bardzo szczegółowo wiedzieć, kto co robi, kiedy i dlaczego. Wchodzi w micromanagement. Próbuje zamrozić rzeczywistość w stałym, całkowicie przewidywalnym kształcie. Jest gestem obronnym. Kontrola zwiększa liczbę procedur, raportów, potwierdzeń… Większość z nich, szczególnie tych bardzo szczegółowych i nie dających pola do manewru, opiera się na decyzji wynikającej z lęku i braku zaufania do przyszłych decyzji podwładnych.

    Władza oparta o narrację działa inaczej. Nie potrzebuje sprawdzać każdego ruchu, bo działa na poziomie sensu. Nadaje kierunek, nie nadzór. Tworzy ramy znaczeń, w których ludzie poruszają się sami, często nie zdając sobie sprawy, że podążają wyznaczoną ścieżką.

    Narracja nie jest opowieścią.
    Jest mechanizmem sterowania uwagą i sensem.

    Kontrola mówi ludziom, co mają robić. Narracja sprawia, że ludzie sami wiedzą, co robić, nawet gdy nikt nie patrzy. 

    Kontrola zużywa ogromną ilość energii. Trzeba jej pilnować, aktualizować ją, egzekwować. Wystarczy chwila nieuwagi, by system się rozszczelnił. Władza narracyjna jest oszczędna. Dobrze opowiedziana historia pracuje nawet wtedy, gdy jej autor milczy.

    Zarządzanie oparta na kontroli:
    – mnoży regulacje,
    – pilnuje ludzi zamiast celu,
    – reaguje na błędy, zamiast tworzyć kierunek,
    – zużywa energię na zabezpieczenia.

    Zarządzanie oparte na narracji:
    – jasno definiuje sens działania,
    – pozwala ludziom samodzielnie podejmować decyzje,
    – redukuje potrzebę nadzoru,
    – buduje odpowiedzialność zamiast strachu.

    To dlatego współczesne systemy i instytucje nie są przeładowane pracą lecz kontrolą. Ludzie nie są zmęczeni odpowiedzialnością. Są zmęczeni tym, że nikt im nie ufa. Każdy nowy formularz to komunikat: „nie wierzymy ci”. Każda dodatkowa procedura to dowód, że zarządzający instytucją boją się własnych ludzi.

    Tam, gdzie dominuje kontrola, pojawia się strach: przed błędem, przed oceną, przed karą. Ludzie uczą się nie myśleć, lecz zabezpieczać. Nie pytają „po co”, tylko „czy wolno”. Instytucja staje się polem minowym, a nie przestrzenią działania.

    Dlatego systemy oparte wyłącznie na kontroli są kruche. Działają tylko tak długo, jak długo ktoś patrzy. Gdy spojrzenie znika, znika też dyscyplina. Dzieje się tak ponieważ człowiek permanentnie kontrolowany uczy się jedynie unikać winy.

    Władza narracyjna działa nawet pod nieobecność nadzoru, bo jej źródłem nie jest przymus, lecz wewnętrzna zgoda. Narracja nie eliminuje strachu całkowicie, ale go oswaja. Nadaje mu znaczenie. Sprawia, że ryzyko przestaje być zagrożeniem, a staje się elementem drogi. Człowiek, który rozumie sens swoich działań, jest gotów wziąć odpowiedzialność.

    Najsilniejsze instytucje nie mają najwięcej skomplikowanych procedur, lecz silną kadrę zarządzającą gotową słuchać mądrych doradców narracyjnych, zastosować władzę narracyjną i potrafiącą odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego istniejemy?”. Jeśli odpowiedź jest jasna i wiarygodna, kontrola staje się dodatkiem, a nie fundamentem.

    System, który opiera się wyłącznie na kontroli, staje się ciężki, powolny i reaktywny.
    System oparty na narracji jest lekki, szybki i odporny.

    Kontrola produkuje posłuszeństwo.
    Narracja produkuje sprawczość.

    A najlepiej funkcjonujący system przede wszystkim musi być sprawczy.

  • Pożar goni pożar

    Skąd bierze się chaos organizacyjno – decyzyjny w instytucjach i jak można go ugasić?

    Chaos w organizacji rzadko bierze się z braku procedur. Częściej bierze się z czegoś groźniejszego:

    z braku decyzji, które mają właściciela, sens i finał.

    W większości instytucji pożary nie wybuchają dlatego, że ludzie są niekompetentni. Wybuchają dlatego, że system tworzy środowisko, w którym najbezpieczniej jest niczego nie domykać. Wtedy chaos staje się „stanem naturalnym”. Nie incydentem.

    Chaos nie jest przypadkiem.

    Jest produktem ubocznym „bezpiecznych” decyzji.

    Każda instytucja ma dwie warstwy:

    Warstwę formalną: struktura, procedury, regulaminy, KPI.

    Warstwę realną: strach, ambicje, tarcia, zrzucanie odpowiedzialności, walka o wpływ.

    Chaos rodzi się wtedy, gdy te warstwy przestają się pokrywać.

    Formalnie – działamy.

    Realnie – krążymy.

    Im bardziej instytucja udaje, że wszystko jest pod kontrolą, tym częściej:

    • spotkania zastępują decyzje,

    • maile zastępują przywództwo,

    • KPI zastępują sens,

    • a „procedura” zastępuje odpowiedzialność.

    To właśnie jest chaos decyzyjny.

    Pięć objawów chaosu decyzyjnego:

    1. Spotkania, które niczego nie kończą

    Wszyscy omawiają,

    Nikt nie postanawia.

    2. CC do wszystkich

    CC jest protezą odpowiedzialności. Gdy nie wiadomo, kto odpowiada – dopisuje się wszystkich.

    3. Priorytet dnia zmienia się 3 razy

    Nie dlatego, że świat jest dynamiczny – tylko dlatego, że nikt nie trzyma kierunku.

    4. Brak decyzji przebrany za proces

    „Jeszcze doprecyzujmy.”

    „Zbierzmy feedback.”

    „Skonsultujmy.”

    Czyli: przeciągnijmy to tak, żeby nikt nie musiał wziąć winy.

    5. Pożary zastępują plan

    Organizacja żyje ekscytacją gaszenia. Bo pożar daje alibi:

    „Nie dało się, bo sytuacja.”

    Skąd się bierze chaos?

    Chaos to nadmiar (zdań, głosów, myśli, pomysłów, idei…) Nie jest czymś złym. Istnieją momenty, że jest on bardzo użyteczny. To te chwile gdy trzeba coś wymyślić, zrobić burzę mózgów. Gdy brakuje pomysłu na kierunek chaos twórczy bywa zbawienny. Problem nie pojawia się, gdy zaczyna przejmować on kontrolę nad instytucją.

    Dzieje się tak zazwyczaj z 3 przyczyn:

    A) Strach przed odpowiedzialnością

    Chaos to często nie błąd, tylko tarcza psychologiczna. W jasnym porządku ktoś zawsze podejmuje decyzję. A decyzja tworzy ryzyko. W chaosie ryzyko rozpuszcza się w tłumie. Instytucja wtedy woli „działać” niż „decydować”. Bo za działanie rzadko się rozlicza. Za decyzję – zawsze.

    B) Brak właścicieli tematów (ownerów)

    Instytucje często mają „zespoły”, „grupy robocze”, „koordynacje”. Nie mają jednej rzeczy kluczowej: właściciela decyzji.

    Właściciel to ktoś, kto może powiedzieć:

    • „to jest moje”

    • „biorę to na siebie”

    • „zamykam temat”

    • „biorę ryzyko”

    Bez ownera temat nie żyje… Temat krąży…

    C) KPI mierzą ruch zamiast skutku

    To najcichszy generator chaosu.

    Jeśli KPI mierzą:

    • liczbę spotkań,

    • liczbę maili,

    • liczbę „wdrożonych inicjatyw”,

    to system premiuje ruch, a nie domknięcie. Ludzie uczą się wtedy jednej strategii przetrwania:

    Generuj aktywność, unikaj odpowiedzialności.

    A chaos staje się racjonalny.

    7 zasad odzyskania kontroli

    Tu jest moment, w którym instytucje odzyskują oddech – bo dostają język i mechanizmy, które przywracają sterowność.

    1) Jedna decyzja = jeden właściciel

    Jeśli temat nie ma właściciela — nie istnieje.

    To jest tylko dyskusja w przebraniu pracy.

    2) Decyzja musi mieć format: „kto / co / do kiedy / po co / co jeśli nie”

    To jest najprostsza zapora przeciwko chaosowi. Bez tego każda decyzja jest „miękka”, czyli można ją odwrócić, rozmyć, przesunąć.

    3) Jedna osoba musi mieć prawo powiedzieć „NIE”

    W chaosie nikt nie może powiedzieć “NIE”, więc wszystko jest „ważne”. A gdy wszystko jest ważne – nic nie jest sterowalne. „NIE” to narzędzie steru.

    4) Spotkanie bez decyzji jest kosztownym rytuałem

    Na końcu spotkania zawsze musi paść:

    • co zostało ustalone

    • kto jest ownerem

    • jaki jest termin

    • co jest następne

    Inaczej spotkanie jest formą społecznego uspokojenia, a nie narzędziem zarządzania.

    5) Priorytety nie mogą być demokratyczne

    To brzmi brutalnie, ale jest prawdą. Priorytety wynikają z odpowiedzialności i strategii, nie z opinii. Gdy priorytety są „ustalane wspólnie”, instytucja staje się zgromadzeniem.

    A zgromadzenia nie gaszą pożarów.

    Zgromadzenia je omawiają.

    6) 48 godzin ciszy po decyzji

    Jedna zasada, która robi cuda:

    Po podjęciu decyzji dajemy jej 48 godzin „ciszy operacyjnej”.

    Czyli: nie wracamy do niej na nowo przez plotki, maile, wątpliwości.

    Dlaczego?

    Bo chaos często rodzi się nie z braku decyzji, tylko z tego, że decyzja nie ma spokoju, żeby stać się rzeczywistością.

    7) Pożar to lekcja, nie norma

    Każdy pożar musi zostawić po sobie:

    • jedną korektę procesu,

    • jedną decyzję strukturalną,

    • jednego właściciela w przyszłości.

    W przeciwnym razie instytucja zaczyna żyć z pożarów.

    A wtedy pożary stają się… strategią.

    Największe kłamstwo instytucji

    Instytucje często myślą, że przegrywają, bo mają za mało ludzi.

    To nie jest prawda.

    Przegrywają, bo mają za mało decyzji, które naprawdę coś kończą. Chaos jest wygodny, bo daje wrażenie, że „wszyscy coś robią”.

    Odbiera jednak ster. A ster to jedyna rzecz, która odróżnia organizację od tłumu. Jeśli czujesz to w swoim otoczeniu, to nie znaczy, że „tak już jest”. To znaczy tylko tyle, że ktoś jeszcze nie przywrócił podstwowej zasady zarządzania:

    właściciel →decyzja →domknięcie.

    Reszta to hałas.

  • O języku władzy i jego cieniu

    Władza nie istnieje bez języka. Zanim pojawi się decyzja, wytyczne, rozkaz, czy struktura,  powstaje słowo, które je uzasadnia. Język władzy nie opisuje świata. On ustanawia jego porządek. Określa, co jest pożądane, co normalne, co jedynie dopuszczalne,
    a co niewyobrażalne.

    Każda władza tworzy swój własny słownik. Pojawiają się w nim terminy takie jak „konieczność”, „bezpieczeństwo”, „odpowiedzialność”, „proces”. Brzmią neutralnie, a nawet uspokajająco, ale niosą w sobie ukrytą hierarchię. Zwalniają z myślenia, bo sugerują, że decyzje zapadły gdzieś wyżej, poza zasięgiem dyskusji.

    Język władzy lubi bezosobowość. „Zdecydowano”, „ustalono”, „wynika z procedur”. Podmiot znika, a wraz z nim odpowiedzialność. Decyzja przestaje być czyimś wyborem, a staje się faktem obiektywnym, niemal naturalnym. To jeden z najskuteczniejszych mechanizmów utrwalania dominacji.

    Ale każdy język rzuca cień. Tam, gdzie pojawia się oficjalna narracja, rodzi się też język nieoficjalny: półsłówka, ironia, milczenie, gesty. To w cieniu języka władzy krążą prawdziwe emocje: frustracja, bunt, cynizm albo cicha zgoda. Instytucje, które ignorują ten cień, tracą kontakt z rzeczywistością.

    Cień języka władzy bywa groźny, bo gromadzi to, czego nie wolno powiedzieć wprost. Napięcia, których nie da się już rozbroić oficjalnymi komunikatami.

    Gdy różnica między językiem deklaracji a językiem doświadczenia staje się zbyt duża, zaufanie pęka.

    Ci, którzy naprawdę rozumieją mechanizmy władzy, słuchają nie tylko tego, co jest mówione, ale także tego, czego mówić nie wolno. Zwracają uwagę na powtarzane formuły, na uniki, na nagłe zmiany tonu. W cieniu języka często kryją się prawdziwe intencje.

    Język może być narzędziem opresji, ale może też stać się narzędziem zmiany, naprawy. Wystarczy nazwać to, co dotąd było ukryte. Jedno precyzyjne zdanie potrafi rozbroić całe piętro szarych eufemizmów. Dlatego władza boi się ludzi, którzy potrafią mówić jasno i bez lęku.

    Kto kontroluje język, kontroluje wyobraźnię.
    Kto widzi jego cień, rozumie mechanizm.
    A kto potrafi przejść między jednym a drugim, ten naprawdę poznał smak władzy.

  • Bóg rodzi się poza strukturą

    Nie w pałacu. Nie w świątyni. Nie w miejscu, gdzie władza ma swoje pieczęcie…

    W najstarszej opowieści Zachodu Bóg nie rodzi się w centrum. Rodzi się w Betlejem, na obrzeżu mapy. W brudzie i prostocie, gdzie nie ma komisji, protokołu, zgody na ryzyko ani zgody na cud.

    Świątynia jest gotowa na rytuał. Betlejem jest gotowe na życie. 

    To jest jedna z tych metafor, które nie tracą aktualności. To, co najważniejsze, nie przychodzi tam, gdzie jest „procedura”. Przychodzi tam, gdzie człowiek nie potrafi udawać. Struktura nie jest zła. Jest jedynie reakcją. Powstaje, żeby nie musieć już ryzykować, rozmawiać, widzieć.

    Najpierw był ogień.

    Najpierw była prawda.

    Najpierw była więź.

    Potem człowiek postawił mur, napisał regulamin, wprowadził procedurę. Żeby ogień nie parzył, prawda nie bolała, a odpowiedzialność…

    I tak powstaje instytucja: nie z mądrości, tylko z potrzeby bezpieczeństwa. Powstaje by ucywilizować lęk. To dlatego w strukturach tak często umiera to, co najważniejsze. Bo wszystko, co żywe, jest nieprzewidywalne. A struktura żywi się przewidywalnością.

    Struktura, a sens

    W teorii struktura służy ludziom. W praktyce bardzo szybko zaczyna służyć samej sobie.

    Z czasem procedura staje się ważniejsza od celu. Forma staje się ważniejsza od treści. „Zrobione zgodnie z wytycznymi” staje się ważniejsze niż „zrobione dobrze”. To nie jest patologia. To jest mechanika.

    Bo struktura ma jedną obsesję: kontrolę ryzyka. A sens jest ryzykiem. Prawda jest ryzykiem. Relacja jest ryzykiem. Dlatego struktura woli martwe znaki: raport, tabelę, podsumowanie, status. To są rzeczy, które można archiwizować, cytować, pokazywać przełożonym. Nie da się jednak zarchiwizować żywego spotkania, w którym ktoś naprawdę coś zrozumiał. Nie da się zrobić excela z przemiany. Struktura nie potrafi tego mierzyć. Udaje więc, że tego nie ma.

    Sens powstaje, kiedy człowiek potrafi być obecny. A obecność jest dla struktur niebezpieczna. Obecny człowiek nie da się łatwo wcisnąć w rolę. Nie da się go prowadzić wyłącznie kijem i marchewką. On zaczyna pytać: „Po co?”. A „po co” to najgorsze pytanie w systemie pytającej jedynie „jak?”.

    W strukturze Logos nie znika od razu. Najpierw zostaje przetłumaczony. Powstaje: misja na slajdzie, wartości w zakładce intranetowej, kultura organizacyjna w broszurze, polityka jakości w segregatorze…

    W ten sposób sens w strukturze staje się funkcją: czymś, co ma działać przewidywalnie, być zgodne z procesem, nie przeszkadzać w KPI. Tyle że sens nie jest przewidywalny. Po prostu albo jest albo go nie ma.

    Gdzie rodzi się sens?

    Sens tworzy się tam, gdzie człowiek jest w stanie przyjąć odpowiedzialność. W miejscach, gdzie nie ma już za czym się schować. W decyzji, której nie da się uzasadnić jedynie procedurą. W rozmowie, która może coś zakończyć albo ocalić. Każda myśl, odwaga, przemiana, decyzja, która coś zmienia… dzieje się zwykle poza głównym nurtem. Nie powstaje w oficjalnym mailu, w formalnym spotkaniu,  w kwartalnym raporcie.

    To, co żywe, rodzi się w szczelinie:

    • w rozmowie po spotkaniu, kiedy spadają maski,

    • w ciszy, kiedy ktoś nagle nie jest w stanie udawać,

    • w kryzysie, kiedy procedura nie działa,

    • w konflikcie, kiedy znika wygoda,

    • w relacji, kiedy ktoś ryzykuje prawdę.

    Struktura nie lubi tych momentów, bo one są „nie do zarządzania”. A jednak to są jedyne momenty, które realnie coś tworzą. Wszystko, co istotne, przychodzi jako nadmiar wobec reguł. Bo tylko poza strukturą człowiek przestaje być trybikiem, a staje się kimś, kto odpowiada.

    Poza strukturą nie znaczy przeciw strukturze

    Tu znajduje się pułapka, w którą łatwo wpaść: romantyczna pogarda dla formy. Chaos jako religia. Improwizacja jako cnota. Nie o to chodzi. Struktura jest potrzebna. Bez niej ogień rozlewa się w pożar. Bez niej wolność staje się samowolą. Bez niej energia ginie w rozproszeniu. Problem zaczyna się wtedy, gdy struktura uznaje, że jest źródłem sensu, a nie jego skutkiem i narzędziem.

    Zdrowa struktura jest jak naczynie: trzyma wodę, ale nie udaje, że jest wodą. Chora struktura zaczyna wierzyć, że jest oceanem.

    Polityka sensu: kto kontroluje strukturę, kontroluje język

    W świecie instytucji sens jest walutą. Ten, kto potrafi nazwać sens, potrafi sterować kierunkiem. Kto potrafi opowiedzieć, „po co to robimy”, ten w praktyce kształtuje lojalność. Dlatego struktury tak często monopolizują narrację. Dają gotowe słowa, gotowe ramy, gotowe hasła, żeby nikt nie musiał wymyślać sensu sam. A człowiek, który zaczyna mówić własnym językiem, staje się zagrożeniem. Nie dlatego, że jest buntownikiem. Dlatego, że jest żywy.  Wtedy powstaje fundamentalne pytanie: Czy takiego człowieka da się opakować w rolę?