Bóg rodzi się poza strukturą

Nie w pałacu. Nie w świątyni. Nie w miejscu, gdzie władza ma swoje pieczęcie…

W najstarszej opowieści Zachodu Bóg nie rodzi się w centrum. Rodzi się w Betlejem, na obrzeżu mapy. W brudzie i prostocie, gdzie nie ma komisji, protokołu, zgody na ryzyko ani zgody na cud.

Świątynia jest gotowa na rytuał. Betlejem jest gotowe na życie. 

To jest jedna z tych metafor, które nie tracą aktualności. To, co najważniejsze, nie przychodzi tam, gdzie jest „procedura”. Przychodzi tam, gdzie człowiek nie potrafi udawać. Struktura nie jest zła. Jest jedynie reakcją. Powstaje, żeby nie musieć już ryzykować, rozmawiać, widzieć.

Najpierw był ogień.

Najpierw była prawda.

Najpierw była więź.

Potem człowiek postawił mur, napisał regulamin, wprowadził procedurę. Żeby ogień nie parzył, prawda nie bolała, a odpowiedzialność…

I tak powstaje instytucja: nie z mądrości, tylko z potrzeby bezpieczeństwa. Powstaje by ucywilizować lęk. To dlatego w strukturach tak często umiera to, co najważniejsze. Bo wszystko, co żywe, jest nieprzewidywalne. A struktura żywi się przewidywalnością.

Struktura, a sens

W teorii struktura służy ludziom. W praktyce bardzo szybko zaczyna służyć samej sobie.

Z czasem procedura staje się ważniejsza od celu. Forma staje się ważniejsza od treści. „Zrobione zgodnie z wytycznymi” staje się ważniejsze niż „zrobione dobrze”. To nie jest patologia. To jest mechanika.

Bo struktura ma jedną obsesję: kontrolę ryzyka. A sens jest ryzykiem. Prawda jest ryzykiem. Relacja jest ryzykiem. Dlatego struktura woli martwe znaki: raport, tabelę, podsumowanie, status. To są rzeczy, które można archiwizować, cytować, pokazywać przełożonym. Nie da się jednak zarchiwizować żywego spotkania, w którym ktoś naprawdę coś zrozumiał. Nie da się zrobić excela z przemiany. Struktura nie potrafi tego mierzyć. Udaje więc, że tego nie ma.

Sens powstaje, kiedy człowiek potrafi być obecny. A obecność jest dla struktur niebezpieczna. Obecny człowiek nie da się łatwo wcisnąć w rolę. Nie da się go prowadzić wyłącznie kijem i marchewką. On zaczyna pytać: „Po co?”. A „po co” to najgorsze pytanie w systemie pytającej jedynie „jak?”.

W strukturze Logos nie znika od razu. Najpierw zostaje przetłumaczony. Powstaje: misja na slajdzie, wartości w zakładce intranetowej, kultura organizacyjna w broszurze, polityka jakości w segregatorze…

W ten sposób sens w strukturze staje się funkcją: czymś, co ma działać przewidywalnie, być zgodne z procesem, nie przeszkadzać w KPI. Tyle że sens nie jest przewidywalny. Po prostu albo jest albo go nie ma.

Gdzie rodzi się sens?

Sens tworzy się tam, gdzie człowiek jest w stanie przyjąć odpowiedzialność. W miejscach, gdzie nie ma już za czym się schować. W decyzji, której nie da się uzasadnić jedynie procedurą. W rozmowie, która może coś zakończyć albo ocalić. Każda myśl, odwaga, przemiana, decyzja, która coś zmienia… dzieje się zwykle poza głównym nurtem. Nie powstaje w oficjalnym mailu, w formalnym spotkaniu,  w kwartalnym raporcie.

To, co żywe, rodzi się w szczelinie:

• w rozmowie po spotkaniu, kiedy spadają maski,

• w ciszy, kiedy ktoś nagle nie jest w stanie udawać,

• w kryzysie, kiedy procedura nie działa,

• w konflikcie, kiedy znika wygoda,

• w relacji, kiedy ktoś ryzykuje prawdę.

Struktura nie lubi tych momentów, bo one są „nie do zarządzania”. A jednak to są jedyne momenty, które realnie coś tworzą. Wszystko, co istotne, przychodzi jako nadmiar wobec reguł. Bo tylko poza strukturą człowiek przestaje być trybikiem, a staje się kimś, kto odpowiada.

Poza strukturą nie znaczy przeciw strukturze

Tu znajduje się pułapka, w którą łatwo wpaść: romantyczna pogarda dla formy. Chaos jako religia. Improwizacja jako cnota. Nie o to chodzi. Struktura jest potrzebna. Bez niej ogień rozlewa się w pożar. Bez niej wolność staje się samowolą. Bez niej energia ginie w rozproszeniu. Problem zaczyna się wtedy, gdy struktura uznaje, że jest źródłem sensu, a nie jego skutkiem i narzędziem.

Zdrowa struktura jest jak naczynie: trzyma wodę, ale nie udaje, że jest wodą. Chora struktura zaczyna wierzyć, że jest oceanem.

Polityka sensu: kto kontroluje strukturę, kontroluje język

W świecie instytucji sens jest walutą. Ten, kto potrafi nazwać sens, potrafi sterować kierunkiem. Kto potrafi opowiedzieć, „po co to robimy”, ten w praktyce kształtuje lojalność. Dlatego struktury tak często monopolizują narrację. Dają gotowe słowa, gotowe ramy, gotowe hasła, żeby nikt nie musiał wymyślać sensu sam. A człowiek, który zaczyna mówić własnym językiem, staje się zagrożeniem. Nie dlatego, że jest buntownikiem. Dlatego, że jest żywy.  Wtedy powstaje fundamentalne pytanie: Czy takiego człowieka da się opakować w rolę?

Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *