W debacie o cyfryzacji często szukamy najlepszego eksperta, najlepszego rozwiązania lub najlepszej regulacji. Tymczasem największym wyzwaniem nie jest brak kompetencji, lecz fakt że każda grupa uczestnicząca w procesie mówi własnym językiem i odpowiada za inny fragment rzeczywistości.

Eksperci dyskutują o architekturze systemów, interoperacyjności i bezpieczeństwie danych.
Naukowcy pogłębiają analizy z różnych dziedzin nauki.
Biznes patrzy z perspektywy swojego interesu ekonomiczno – wizerunkowego.
Prawnicy debatują o kwestiach prawnych.
Politycy myślą o mandacie społecznym, budżecie i skutkach decyzji.
Media starają się przekazać to społeczeństwu w zrozumiałej, atrakcyjnej, często nazbyt emocjonalnie dramatycznej formie.
A obywatele? Chcą po prostu czuć się bezpiecznie we własnym państwie. Utrzymać siebie i rodzinę oraz załatwić sprawę szybciej, wygodniej i bez zbędnych formalności.
Każda z tych perspektyw jest racjonalna. Każda odpowiada na inne pytanie. Problem pojawia się wtedy, gdy próbujemy budować cyfrowe państwo, nie tworząc przestrzeni do tłumaczenia jednego języka na drugi.
W debacie publicznej często zakładamy, że wystarczy znaleźć najlepsze rozwiązanie technologiczne. Historia cyfryzacji pokazuje jednak coś innego. Dobre rozwiązanie techniczne nie zawsze staje się dobrym rozwiązaniem publicznym. Między jednym a drugim stoi człowiek, instytucja i polityka.
Ekspert może mieć rację, a mimo to nie zostać wysłuchany. Nie dlatego, że jego argumenty są słabe. Czasem dlatego, że odpowiada na pytanie, którego nikt w danym momencie nie zadaje. Polityk może podjąć decyzję nieoptymalną z perspektywy technologicznej, ale konieczną z perspektywy społecznej. Obywatel może odrzucić rozwiązanie, które eksperci uznają za oczywiste, ponieważ nie widzi związku między jego funkcjonowaniem a własnym życiem.
Cyfrowe państwo nie jest projektem technologicznym. Jest projektem społecznym.
Dlatego największym wyzwaniem najbliższych lat może okazać się nie tworzenie nowych systemów, lecz budowanie zdolności do prowadzenia rozmowy między tymi, którzy projektują rozwiązania, tymi, którzy podejmują decyzje, i tymi, którzy będą z tych decyzji korzystać.
Potrzebujemy ekspertów. Potrzebujemy polityków. Potrzebujemy aktywnych obywateli.
Najbardziej potrzebujemy jednak tłumaczy.
Ludzi, którzy potrafią przełożyć język technologii na język decyzji publicznych. Język polityki na język codziennych doświadczeń obywateli. Język potrzeb społecznych na język projektowania usług i instytucji.
Być może właśnie od nich zależy, czy cyfrowe państwo stanie się realną zmianą, czy pozostanie jedynie zbiorem ambitnych strategii i kolejnych dokumentów.
Bo przyszłość państwa cyfrowego nie rozstrzygnie się wyłącznie w serwerowniach, ministerstwach ani salach konferencyjnych.
Rozstrzygnie się tam, gdzie różne języki nauczą się wreszcie mówić o tym samym świecie.
Cyfrowe państwo nie jest więc projektem technologicznym. Jest projektem tłumaczenia między światami, które rzadko patrzą na ten sam problem z tej samej perspektywy.
Leave a Reply